Madera

Kilka miesięcy temu zadzwoniła do mnie żona Rafała Wypióra, która chciała sprawić Rafałowi prezent urodzinowy w postaci fajnego wyjazdu rowerowego. Rafał to dość aktywny obieżyświat, więc niełatwo było wymyślić miejsce które by go zaskoczyło. Nie zastanawiając się długo postanowiłem, że pojedziemy na Maderę. Zacząłem czynić przygotowania i zbierać ekipę. Finalnie sprawca całego zamieszania - Rafał dyplomatycznie wycofał się z udziału w wycieczce, za co go serdecznie nienawidzę 😉 ale słowo się rzekło wiec wyjazd i tak się odbył.

Madera to specyficzne miejsce. Niby Portugalia, ale na wyspie można poczuć się jak na planie Jurassic Park. Jazda też jest dość egzotyczna - skały, wszechobecna czerwona glina, gaje bananowe i eukaliptusowe oraz gigantyczne paprocie. Generalnie jest ciepło i dość wilgotno, podejrzewam, że też ze względu na porę roku w jakiej tu przyjechaliśmy - początek grudnia.

Pierwszy dzień pobytu upłynął nam pod znakiem oczekiwania na zagubione rowery. Co prawda w planie mieliśmy lajtowy dzień rozjeżdżenia, ale niepewność czy nasze rowery w ogóle dotrą była trochę denerwująca. W końcu rowery dojechały i mogliśmy planować jazdę. Na pierwszy dzień poszło Prazeres - miejscowość na zachodniej stronie wyspy obfitująca w szlaki przygotowane głównie przez Bikulture. W najlepszej kondycji był Blackline i tam zrobiliśmy kilka rundek, kończąc długim zjazdem do Ponta du Pargo (co ciekawe na tym zadupiu mieszka najszybszy zjazdowiec portugalski - Emanuel Pombo). Podczas kolejnych dni zaliczyliśmy praktycznie wszystkie miejscówki na wyspie - Poiso, Pico de Areiro, Porto da Cruz, a ostatniego dnia Fanal.

Jeżdżenie na Maderze jest fajne, ale obiektywnie patrząc szału nie ma. Jest kilka fajnych szlaków, ale Finale czy Sanremo oferuje o niebo lepszą infrastrukturę tras rowerowych. Jednak jest szał, jeśli chodzi o scenerię i rzeczy około rowerowe. Jazda przy tych pięknych widokach ma swoje plusy, ale też minusy, bo człowiek zamiast skupić się na jeździe tylko by stawał i cykał foty. Jazda w pełnym słońcu nad chmurami to tutaj normalka, a krajobrazy dosłownie zapierają dech w piersiach.

Trzeba dodać, że riderzy którzy wyjeżdżają rowerami o własnych siłach nie mają tu łatwo, bo Madera ma bardzo strome podjazdy asfaltowe (do tego stopnia, że atrakcją turystyczną jest zjazd drewnianymi saniami po asfalcie!). Jeśli ktoś nie dysponuje stalową łydą pozwalającą pokonać jakieś 2km w pionie (aby zjechać raz!) pozostaje mu skorzystać z lokalnych firm które oferują shuttle (Madeira Freeride, Bikulture). Nie jest tanio bo dzień jazdy kosztuje 75euro od osoby (w pakiecie z rowerem 95euro), ale przynajmniej można się wyjeździć. My zrezygnowaliśmy z podjeżdżania o własnych siłach, wynajęliśmy dużego vana i shuttlowaliśmy się we własnym zakresie.

Czy warto tu przyjechać? Na pewno miejsce jest magiczne - niesamowita przyroda, świetnie jedzenie, tropikalny klimat. Wysoko też stoi pod względem współczynnika lansu - jeśli ktoś lubi dostawać lajki to na pewno się nie rozczaruje. Madera pod tym względem robi robotę!

Jednak jeśli ktoś oczekuje niezliczonej ilości tras rodem z Whistler to może poczuć się lekko zawiedziony. Tutejsze trasy łatwo erodują, ze względu na dużą stromiznę i obfite opady. Lokalnych riderów jest mało, a teren jest trudny do kopania. W związku z tym tras nie ma za wiele. Oczywiście atmosferę podgrzewają produkcje filmowe takie jak ta z Ratboyem, ale trzeba pamiętać, że to tylko film pokazujący tylko wycinek rzeczywistości 🙂

W przyszłym roku Madera będzie gościła EWS i wydaje mi się, że po tym wyścigu może się sporo zmienić. Prawdopodobnie wyspa dopiero po EWS przeżyje prawdziwy najazd amatorów enduro, co spowoduje konieczność rozbudowy istniejącej sieci szlaków.

Tak czy inaczej myślę, że grudniowy wypad na tą zieloną wyspę zostanie na stałe wpisany do kalendarza obozowego Totalbikes. Tu jest po prostu zbyt pięknie, żeby tego miejsca nie odwiedzić przynajmniej raz w roku!

mad_combo

Brak komentarzy

Dodaj komentarz